poniedziałek, 9 stycznia 2017

Bałkany tour cz.3 - Chorwacja

Drodzy Czytelnicy
 
Przyznaję bez bicia, że opisywanie turystyki wodnej i związanym z tym leniwym stylem wypoczywania, nie jest moją mocną stroną. Ten najczęściej odwiedzany, WODNY skrawek Chorwacji według mnie jest dobrym miejscem, gdzie można poplażować i/lub poimprezować, a do tego wydać sporo gotówki. Jeśli już miałabym gdzieś wydać hajs, to wybrałabym Włochy. Jeśli nie zgadzacie się ze mną, trudno. Czuję się jednak zobowiązana opowiedzieć nieco o Chorwacji, która jest częścią Bałkan. Całkiem szczerze: wiem, że Polaków nie muszę zachęcać zbytnio do wyjazdu na Chorwację, mimo iż moim celem jest propagowanie podróży, otwierania się na inne kultury i odkrywania tajemnic drzemiących poza granicami naszego pięknego kraju (w Polsce też drzemią tajemnice, ale o tym w osobnym wpisie).
A teraz fakty: do Chorwacji bardzo łatwo się dostać, zazwyczaj jest tu ciepło, co wszyscy bardzo lubimy i dlatego jest to jedno z najczęściej odwiedzanych przez rodaków miejsc. Lecz może jednak można tu zrobić coś innego niż byczyć się? Zaraz się przekonamy.
Wracając do naszej podróży jest już piątek, rozpieszcza nas bajeczna, słoneczna, sierpniowa pogoda. Żegnając Montenegro odwiedzimy jeszcze dwie wielkie atrakcje Czarnogóry: starożytne miasto Kotor, a następnie półwysep Sveti Stefan.

                                

 Kotor i Sveti Stefan
Najpierw trochę teorii: Kotor (wpisany na listę Unesco) jest portowym miastem w południowo-zachodniej części Czarnogóry u wybrzeży Adriatyku. Miasto otoczone jest z trzech stron masywami górskimi, które pełnią rolę firewalla przed wiatrem znad morza. Jest to jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w południowo-wschodniej Europie. Zachwycająca jest kotorska starówka i jej wąskie, kręte uliczki wybrukowane „kocimi łbami”, nieregularne ściany budynków zbudowanych z krzywych, nierównych kamieni, a także wszechobecne koty. Liczne kawiarenki we francuskim stylu, umiejscowione wewnątrz murów, nadają temu średniowiecznemu miastu niepowtarzalny klimat.
 
Będąc nad wybrzeżem miałam odczucie, że jestem w jakimś bardzo bogatym kraju, widząc przycumowane luksusowe jachty i zaparkowane drogie samochody. A mimo to Kotor to nie Dubaj, co więcej, za umiarkowane ceny można poczuć się jak gość.J
Obawiałam się, że będzie multum odwiedzających, a tu miła niespodzianka. Można było spokojnie zwiedzać, nie rozpychając się łokciami. Czarujące mury miejskie z kamiennym kościołem na szczycie to kolejna atrakcja. Nawet obserwując je z dołu można się poczuć moc tego miejsca.
Kotor jest jednym z tych miejsc, do których chciałabym powrócić. Można tu odczuć prawdziwie śródziemnomorski klimat za przystępne ceny. Nie jest tu tak tłoczno jak w Chorwacji, a przy tym da się tu wypocząć. Dla mnie bomba.
                          
 
Jedziemy dalej. Mijamy piękne i okazałe wyspy, półwyspy. Jeśli będziecie kiedyś w okolicy, koniecznie odwiedźcie półwysep Sveti Stefan, położony około 6 km od miasta Budva. Wyspa, połączona z lądem groblą, to dawna wioska rybacka, a obecnie ekskluzywny kompleks wypoczynkowy, jedno z ulubionych miejsc śmietanki towarzyskiej zarówno Wschodu jak i Zachodu. Nikt „z marszu” tam nie wejdzie, ponieważ wejścia na wyspę strzeże ochroniarz. Jeśli jednak bardzo chcecie tam się dostać, wystarczy zrobić wcześniej rezerwację w restauracji, by móc legalnie pozwiedzać to miejsce. My nie skorzystaliśmy, uzgadniając wspólnie „innym razem”. Jeszcze dziś musimy się dostać do Plitvic, a czasu mało L
 
Chorwacja
Kierując się wzdłuż wybrzeża przekraczamy granicę Czarnogóry z Chorwacją i wjeżdżamy do Dubrownika. Łojapierdole, jak tu tłoczno i jakie tu ceny! Myśleliśmy, że się wycwanimy i znów się uda zaparkować za darmo, ale nie tym razem. Na szczęście opłata za parking nie była zbyt druzgocąca (0,5 euro/h) w porównaniu do standardowej ceny za zaparkowanie samochodu w Dubrowniku (5 euro za godzinę). Opłatę musieliśmy uiścić z góry i starać się nie przekroczyć określonego limitu czasu. Nasz podziemny, piętrowy parking znaleźliśmy 700 metrów od starego miasta w kierunku zachodnim. Jadąc główną drogą widzieliśmy znaki kierujące na owy parking.
 
Jak opisać Dubrownik w trzech określeniach? Tłoczno jak w Rzymie, drogo jak w Norwegii i plastikowo jak w galerii handlowej. Bardzo łatwo jest się dostać stąd na plażę, więc rzuciliśmy na nią okiem i ujrzeliśmy syf i ryby pływające na plecach:( A jeśli ktoś miałby ochotę, może sobie strzelić focię z plastikowym rekinem. Zabytkowa starówka była podejrzanie wypiękniona, w ogóle nie zachowała swojego charakteru. Za to ceny powalały na łopatki. Te 4 godziny naszego pobytu w Dubrowniku to aż nadto i żałujemy, że tak pośpiesznie opuściliśmy Kotor. Po drodze do Plitwic wyhaczamy chorwacką restaurację, gdzie zatrzymujemy się na pizzę i ruszamy dalej w drogę.
Cały czas jedziemy wzdłuż wybrzeża. Jest cudna pogoda, a widok lazuru morskiego działa niezwykle uspokajająco. Do Plitvic docieramy przed północą, jesteśmy bardzo zmęczeni i jesteśmy w czarnej d… bo nigdzie nie ma wolnych miejsc noclegowych, a gospodarze pensjonatów z uśmieszkiem przyglądają się nocnej, wyluzowanej ekipie, myśląc zapewne: „i tak nic nie znajdziecie...” Tak to czasem bywa na tripach, raz na wozie, raz pod wozem. Na szczęście tej nocy nie będziemy kimać w aucie, albowiem wreszcie udaje nam się znaleźć kwaterę – dwa pokoje, w dodatku tak duże, że pomieściłyby nawet z 10-ciu ludzi. Właścicielka tylko rzuciła okiem na nas mizernych i bez zbędnych słów udzieliła zakwaterowania. Bardzo mile mnie zaskoczył ład, czystość i porządek panujący w tym domu, pomimo ogólnej skromności wyposażenia. Za nocleg zapłaciliśmy 10 euro, co było niesamowitym fuksem, ponieważ w okolicznych pensjonatach ceny za nocleg były kilka razy droższe.
Rano czekała na nas świeżo zaparzona kawa. Miła pani z zaangażowaniem tłumaczyła jakie atrakcje czekają nas w Parku Narodowym Plitwickich Jezior, a także zostaliśmy uprzedzeni o wysokich cenach. Za bilet wstępu do Parku Narodowego mieliśmy zapłacić (25 euro/os.). Zaczęłam się już „przyzwyczajać” do wysokich cen w tym kraju, ale 25 euro za zobaczenie jakichś tam „kałuż” jest niewybaczalne. Kurde, niech skubią Niemców, a nie nasJ
Idąc po maślankę na śniadanie odkrywamy po drodze zoo, które wyglądało na czyjeś prywatne przedsięwzięcie. Zoo zamieszkiwali nietypowi lokatorzy, jakimi były niedźwiedzie brunatne. Zwierzaki były bardzo aktywne, zagadywały do ludzi, zabawnie taplały się w błotnym basenie.
 
Plitwickie Jeziora
Przyznam, że na myśl o tych Plitwickich podchodziłam do tematu jak pies do jeża. Myślałam, że to jeszcze jedna kałuża, za obejrzenie której mieliśmy zapłacić pierdylion ojro. Oh, jakże się myliłam… Gdy w końcu ujrzałam ten bajeczny, błękitny lazur, to stwierdziłam, że grzechem byłoby tu nie przyjechać. Ale o tym za chwilę.
Park Narodowy Plitwickich Jezior to geologiczna perła, do tego w łatwy sposób można się tu dostać, więc jest to miejsce totalnie skomercjalizowane i zjeżdżają się tu prawdziwe pielgrzymki. Choć nie da się ukryć, miejsce przepiękne. Oprócz tego na terenie parku można się napić dobrego chorwackiego piwa: Ožujsko i Karlovačko w cenie 2,5 euro za litr.
Tego dnia było chyba jakieś apogeum gości–no chyba że tak jest codziennie - tego nie wiem. Ale w końcu dziś jest sobota, więc może to dlatego. Obserwujemy zatrzęsienie aut zmierzających do parkingów i tłumy na deptaku do kas i jesteśmy przekonani że czekają nas godziny stania w kolejce. Na taką stratę czasu nie możemy sobie pozwolić, gdyż jeszcze tego samego dnia mieliśmy wracać do Polski. Więc czas wdrożyć plan Bee...
 
Jak zwiedziliśmy Park Narodowy Plitwickie Jeziora i nie zbankrutowaliśmy
Na terenie Parku Narodowego znajdują się dwa hotele z parkingami dla gości hotelowych. Jedziemy w kierunku jednego z tych hoteli. Oczywiście przyjacielsko macha nam i w końcu zatrzymuje nas strażnik, który chce nam z dobrego serca pomóc pozbyć się kilkudziesięciu ojro. Zdecydowanym tonem oznajmiamy, że jedziemy do recepcji hotelowej. Ochroniarz nas bez problemu puszcza. Parkujemy więc zaraz przy głównym wejściu, oglądamy hotel i idziemy przejściem dla gości obejrzeć park Plitwickich Jezior.

 
Do jezior można wygodnie dojechać elektrycznym autobusem. My jako jedyni robimy inaczej i idziemy pieszo. Do pierwszego jeziora człapiemy asfaltem, mijają nas pojazdy z zaciekawionymi turystami, którzy robią nam zdjęcia. Jakie to dziwne, oni idą! Piesi turyści są skazani na poruszanie się traktem autobusów, dla ludzi dwunożnych nikt nie przewidział szlaku prowadzącego przez las! A tak bardzo chcieliśmy już zejść z tej betonowej ulicy i pospacerować miękkim mchem – nie da rady, jest  zakaz.
 
Nareszcie, słynne Plitwickie Jeziora odsłaniają się przed nami w całej okazałości. Spacerując po drewnianych, wąskich kładkach i patrząc z góry na małe ludziki, poczułam się jak krwinka z bajki „Było sobie życie”. Krystalicznie czyste, turkusowe jeziora i wspaniałe wodospady przyciągają jak magnes. Miejsce to ratuje fragment Chorwacji, przed stereotypem pasywnego wypoczynku. Z drugiej strony całe tabuny ludzi psują to ciekawe miejsce. W takich łatwo dostępnych lokalizacjach jak to, walają się śmieci, tu i ówdzie spotkać można podchmielonych ludzi i rozkrzyczane dzieci pośród ogólnego zgiełku i chaosu. Jak nad morzem.
 
Obeszliśmy obszar 27 kilometrowy i po całym dniu jesteśmy wyrąbani jak dzikie fretki. Brudni i niedomyci gramolimy się do auta i jeszcze tego samego dnia wracamy do domu. Będziemy jechać całą noc 900 kilometrów. Jesteśmy na pół żywi. Łukasz całą drogę prowadził i już widział statki UFO. Wreszcie o godzinie 8 rano witają nas Katowice. Nie możemy się doczekać ciepłego prysznica i miękkiego łóżka. Będziemy spać jak susły. Życie okazało się brutalne i chyba jeszcze nie tak szybko oddamy się w objęcia Morfeusza. Ku wielkiemu zaskoczeniu naszym oczom ukazują się jakieś dziwne drzwi wejściowe do naszego mieszkania. To rodzice postanowili zrobić prezent na nasz przyjazd i wymienili nam drzwi na nowe, kluczy oczywiście nie mieliśmy. Przyjdzie nam koczować na klatce schodowej, nim nadejdzie pomoc. Rozkładamy więc karimaty i robimy jedyną słuszną rzecz: ŚPIMY.
 
link do części pierwszej:
 
link do części drugiej:
Albania
 
 
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz