poniedziałek, 2 stycznia 2017

Bałkany tour cz.1 - Bośnia, Czarnogóra

Pewnego razu postanowiliśmy zrobić sobie trip po Bałkanach. Akurat mieliśmy trochę wolnego i głowę pełną pomysłów. Plan zwiedzania był taki: Bośnia, Czarnogóra, Albania i Chorwacja, z tymże główny pobyt skoncentrujemy na czarnogórskich pasmach górskich J a potem nad Adriatykiem. Naszą peregrynację zaczynamy późnym wieczorem. Wyjeżdżamy z Katowic, następnie jedziemy przez Słowację i kierujemy się na Węgry. Przejście graniczne w Chorwacji mijamy około godziny 10:00 następnego dnia, a chwilę później otrzymujemy mandat za przekroczenie prędkości o 12 km/h. Policjant wlepia nam 500 kun i nie jest na tyle uprzejmy, by przeliczyć  haracz na euro. Oczywiście żadnych kun, tudzież innych łasic ze sobą nie zabraliśmy. I co teraz? Policjant deponuje dowód rejestracyjny, nakazując nam zdobyć  chorwacką walutę. Bez dowodu jedziemy niewiadomo gdzie, lecz w końcu udaje nam się wymienić kuny na euro, dzięki czemu możemy ruszać dalej. W samo południe ustawiamy się na przejściu granicznym Żupanija – Bośnia i Hercegowina. Przejście szybkie i bezproblemowe. Kierujemy się do Sarajewa przez miasto Tuzla. Jak dotąd – drogi bez dziur.
 
Bośnia i Hercegowina 
 
Tuzla jest czystym miasteczkiem. Mijamy zielone widoczki, maleńkie targi oraz wszechobecne arbuzy. Jak dalej pokazuje krajobraz – widać, że państwo się prężnie odbudowuje! Jest to naprawdę pokrzepiający widok.
 

Wreszcie wjeżdżamy do Sarajewa, do którego wcześniej tłukliśmy się pięknymi, acz upierdliwymi górskimi serpentynami. Jechaliśmy przez kaniony tak piękne, że aż zapierały dech w piersiach. Na przełęczach robiliśmy sobie postoje, w trakcie których zwiedzaliśmy okolice. Jeden ze spacerów w lesie przypominał trochę grę w sapera, gdyż co chwilę napotykaliśmy ostrzegawcze tabliczki „uwaga, miny”.  
W samej stolicy ogarnął mnie smutek, gdy patrzyłam na budynki noszące ślady wojny . I na mrożące krew w żyłach wszechobecne, bardzo wyeksponowane cmentarze oraz na drzewa oblepione klepsydrami. Oblężenie Bośni i Hercegowiny w latach 1992 – 1996 uchodzi za najdłuższe i najbardziej krwawe w historii Europy po II wojnie światowej. Za to zwykli mieszkańcy tego kraju to przemili, pomocni i pracowici ludzie, którzy powoli powracają do życia po tych tragediach. Wg mojej oceny Bośnia to kraj, który warto wykorzystać pod względem turystycznym. Warto ich wesprzeć nie tylko ze względów moralnych, ale sam kraj obfituje w atrakcje turystyczno-krajoznawcze takie jak na przykład bośniackie piramidy koło wioski Visoko.
 
Czarnogóra
 
Tymczasem o 20:30 wjeżdżamy do Czarnogóry. Jesteśmy w niezwykle miły sposób przywitani przez pograniczników. Z każdym kilometrem wpadamy w coraz to większy zachwyt. Jeden z najpiękniejszych w Europie kanionów ukazuje się naszym oczom. Niestety zapada już noc i ciężko jest cokolwiek wypatrzeć, ale tyle, co widzieliśmy, było naprawdę monumentalne. Między ścianami wąwozu został wydrążony w skale tunel. Z daleka wyglądał naprawdę czadersko! Kanion ciągnął się kilometrami. W pewnym momencie, przejeżdżając przez skalny tunel, patrzymy, a tu świecą jakieś latarki. Oj jak dobrze, że nie jechaliśmy za szybko, bo w tunelu zaplątała się lisia rodzina. Skąd one się tu wzięły nie wiem, ale spotkanie było emocjonujące.
 
Jedynym poważnym minusem była późna pora, uniemożliwiająca nam podziwianie. Gwiazdy na nocnym firmamencie otulały swym blaskiem, jeszcze nigdy nie widziałam tak wyraźnie drogi mlecznej. Delektujemy się tą chwilą.
Jedziemy już naprawdę długo, lecz w końcu wjeżdżamy do miasta, w którym będziemy gościć kilka dni. Miasteczko zwie się Żabljak. Na miejsce docieramy po północy. Chłopaki szukają noclegu, wracają po pół godzinie, uff znaleźli coś. Opowiadają, że pukali od domu do domu, wreszcie wyszła energiczna kobietka, która poprowadziła do mieszkania starszego, sympatycznego pana. Oznajmiła, że nocleg kosztuje 10 euro i mamy brać, co dają, bo i tak specjalnie nie mamy wyjścia J to się nazywa asertywność. Kobieta pyta się chłopaków, czy w ogóle byli kiedykolwiek w górach, ponieważ z aktualnych informacji… ostatnio jeden turysta zaginął, znów inna Słowaczka zginęła w górach, a druga miała wypadek, ale przeżyła… Kobieta ostrzegała nas przed niebezpieczeństwem tych gór.
Tymczasem dostajemy lokację – dwa pokoje dwuosobowe. Czysto i schludnie, ale L zawsze to ALE – pokój mieści tylko jedno łóżko, ciasno jak cholera, warunki pod tym względem jak w namiocie. Ale co tam, nie przyjechaliśmy tu dla warunków hotelowych. Wspólna kuchnia i łazienka – wszystko własnością gospodarza, udostępnione do naszej dyspozycji. Na gościnność tych ludzi jak zwykle można liczyć.
 
 
Rekonesans po Durmitorze
 
Kolejnego dnia wita nas przepiękna pogoda. Wstajemy „skoro świt” o godzinie 9:30 i planujemy rekonesans po Durmitorze. Nie mamy jakiegoś konkretnego celu, aczkolwiek mamy chrapkę na zdobycie najważniejszego szczytu w okolicy o nazwie Bobotov Kuk. Na mapach to tylko 6 godzin w górę. Jak się jeszcze później nieraz przekonamy, oznaczenia na mapach i szlakach to wielka lipa! Czas podany należy mnożyć razy 2. Tymczasem już dość długo idziemy w lesie, ale za to mamy piękny zbiór borowików „szatańskich”. Uwaga na mity o tym, że czerwone borowiki to tylko szatany. Otóż nie zawsze. Czerwony kolor może oznaczać na przykład kwasowość gleby. Niektóre odmiany czerwonych borowików (takie jak np. borowik ceglastopory)  są jadalne i potocznie nazywa się je modrokami/modrakami. Dotykając je językiem odczujemy słodki smak. Po przekrojeniu nabierają atramentowej barwy. (źródło: „Grzyby, wielki ilustrowany przewodnik”, Ewald Gerhardt)
 

Wychodząc z lasu ukazuje nam się rozległa polana, na której wypasały się konie. W końcu docieramy do chatki niespodzianki (jak w bajce o Jasiu i Małgosi). Lecz nie była to chatka z piernika, ale… serownia z prawdziwego zdarzenia. Pasterze nie musieli nas wcale namawiać do zakupu sera owczego, bo sami skwapliwie skorzystaliśmy z tej możliwości i za 5 euro kupiliśmy pół krążka. Do tego dostajemy ekstra sól zapakowaną w gazetę. Jeszcze sesja zdjęciowa i możemy ruszać dalej. Właściwie to nasza wycieczka tego dnia kończy się przy chatce, bo nie wiem, jak to szybko zleciało, ale do kwatery zeszliśmy na godz. 17.
Na werandowy stolik wysypujemy nasze grzybowe zdobycze, a miejscowi się śmieją, mówiąc, że się potrujemy.
Wieczorem jeszcze idziemy nad Czarne Jezioro, które znajduje się niedaleko naszego domku.
 
Wejście na Bobotov Kuk oraz jaskinia lodowa
 
Następny dzień zapowiada się ciężko. Mamy dążyć do zdobycia Bobotov Kuk. Znając już tutejsze oznaczenia, od razu mnożymy podany czas razy dwa i łapiemy się za głowę. Wyjścia są dwa – albo robimy górę na dwa dni (ta opcja odpada) albo wstajemy o 4 i wracamy o 24. Ostatecznie udaje się nam załatwić z gospodarzem, że nazajutrz przyjedzie po nas taxi, za 15 euro zabierze nas do przełęczy Sedlo. Dzięki tej opcji mamy szansę skrócić trasę o 5 godzin i zrobić górę w jeden dzień.
 

Nazajutrz, punktualnie o godzinie 6:30, przyjeżdża po nas umówiona taksówka. Kierowca okazuje się być bardzo miłym człowiekiem, rozmawiamy w języku polskim, gdyż w „lepszych” czasach pracował przez dwa lata w Szamotułach k/ Poznania i bardzo sobie chwalił zarobki. Obecnie średnia krajowa w Czarnogórze wynosi 300 euro L 
Jest przepiękna pogoda, jesteśmy sami na szlaku, góry są niezwykłe, jeszcze takich nie widziałam. Nasunęły mi się kulinarne konotacje, ponieważ góry skojarzyły mi się ciastkami sękaczami lub roladą makową, bo miały taką właśnie strukturę. Jest stromo i strzeliście, a w najbardziej newralgicznych miejscach nie ma żadnych zabezpieczeń w postaci łańcuchów czy klamer.
 
 
 
Nie ma nic za darmo, trzeba zapłacić za nakarmienie duszy, bólem du... mięśni. Nasz cel wiedzie to w dół, to w górę i tak wiele razy. W końcu o godzinie 12:10 Bobotov Kuk zostaje zdobyty J Hurra! Góra naprawdę męcząca, momentami bardzo eksponowana, końcówka przypominała mi tatrzańską Świnicę. Ze szczytu roztacza się cudowna panorama na masyw Durmitora. Wcinamy zasłużony ser z pomidorem i teraz tylko zejście. Mamy małą masakrę, gdyż skończył nam się zapas wody, odwodnienie było coraz bardziej dokuczliwe. Na szczęście mapa nie kłamała i udało nam się znaleźć źródło z wodą. Wg mapy niedaleko znajduje się jaskinia lodowa. Znalezienie jej graniczy z cudem, ale w końcu – udaje się ją namierzyć. Jest oddalona pół godziny od szlaku. Trudno ją znaleźć i wejście do jaskini też jest niełatwe, okazuje się stromą, śnieżną i oblodzoną fortecą. W jaskini naszym oczom ukazują się bajecznie piękne formacje lodowe w formie stalagmitów, stalaktytów oraz stalagnatów.
 

Jest już dość późno, mozolnie schodzimy w dół. Słońce mocno parzy, doskwiera pragnienie jak na jakiejś pustyni. Jestem już taaaaka zmęczona… Schodząc kamienną moreną potknęłam się o własny cień i sturlałam się w dół po drobnych kamieniach, zaliczając kilka metrów. Nie mogłam się z locie zatrzymać, niczego złapać i nic nie amortyzowało mojego lotu. A morena ciągnęła się w dół 200 metrów. Na szczęście ratuje mnie większy kamień, na którym się zatrzymuję. Łukasz jednym ruchem, za pomocą kijka trekkingowego wyciąga mnie za fraki. Skończyło się tylko na siniakach. Ale żyję J  
 

Dzień był strasznie męczący, ale szybko otrząsnęliśmy się z szoku i mogliśmy się tylko cieszyć ze zdobytego szczytu oraz że wszystko dobrze się skończyło. Wieczorem już na nic nie mieliśmy siły, więc padliśmy skonani do wyra. Bo jutro czeka nas kolejny piękny dzień.
 
Kanion nad rzeką Tara, monastyr z XV w.
 
 
Nazajutrz wszyscy jesteśmy nadal wykończeni, o godzinie 12 zbieramy się nad rzekę Tarę. Wielką komercyjną atrakcją jest spływ tą rzeką oraz skoki na banji. Nie dziwi nas, że to miejsce jest tak bardzo oblegane przez turystów. Mając jeszcze w pamięci wczorajszy spacer w górach, leniwie obserwuję kolejnych skoczków.  Upał nadal doskwiera, idziemy więc na piwko, frytki.
Kolejnym punktem wycieczki jest monastyr z XV wieku. Jesteśmy nieco rozczarowani skromnością tego przybytku, ale z drugiej strony przyjęte jest, by zakonnicy żyli w ubóstwie :p.
Atrakcje też są – święty Grill, zakutana zakonnica z wielkim kluczem, kopulujące żaby i rzeczka w dole, którą na koniec odwiedzamy.
 

Na koniec wreszcie możemy za dnia obejrzeć ten słynny kanion Tara, obiekt wpisany na światową listę Unesco.
Bardzo błądziliśmy, by tam dotrzeć, bo jak się okazało, nie było tu żadnego wytyczonego szlaku. Kanion komercyjnie znany jest jedynie z mostu nad Tarą. Jednak używając GPS-a po wielkich perturbacjach w końcu jesteśmy na miejscu. Kanion schodził stromo w dół gdzieś 1300 metrów w pionie do rzeki. Chcąc zobaczyć to cudo musieliśmy się przeciskiwać przez wielkie gąszcza i znów zawiało pustką. Kanion był naprawdę imponujący, jedyny w swoim rodzaju. Nie szkodzi, że miejsce widokowe mieliśmy mało doborowe – chaszcze i urwisko. Warto było J
Wieczorem robimy imprezę z czarnogórskimi trunkami. Rakija – wielka wtopa, wino – lipne, rum, bez rewelacji. 
 
Pogoda się pogarsza, gospodarz proponuje nam załadowanie pralki praniem, a mi pożycza własną suszarkę do włosów. Warunki są jakie są, ale chłop bardzo się stara, udostępniając nam wszystko, co ma.
Podsuszając ciuchy na kaloryferze pomału ewakuujemy się z tego miejsca. Poznajemy jeszcze taką kobitkę o bogatej narodowości (Słowacja, Czarnogóra, Chorwacja – nie pamiętam proporcji J ), z którą wgłębiamy się w dyskusję, a pointa z tej rozmowy jest taka, że podział Jugosławii nie miał sensu, że ludzie wcale tego nie potrzebowali i nie chcieli. I że wszyscy – Słowianie, Bałkanie – powinni tworzyć jedną wspólną rodzinę.
O godzinie 14 opuszczamy Żabljak, kierujemy się na południe – nad morze do miasta Ulcinj, gdzie czekają na nas znajomi Marka. Nocować będziemy w twierdzy pirackiej, nad samym morzem. Ale o tym już w następnej części J
 

 
link do części drugiej:
Albania
 
link do części trzeciej:
Chorwacja
 
 
 
 
 
 
 

3 komentarze: