Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2017

Kaukaz – z czym to się je? W górach jest wszystko co kocham


Wszyscy miewamy gorsze chwile, momenty zwątpienia i beznadziei w codzienności dnia powszedniego. Nieraz ciężko zwlec się z łóżka, wykonać te same rutynowe czynności, zanim pójdziemy do pracy, którą niekoniecznie wielbimy nad życie. I tak w koło Macieju, kierat. Takie życie. Gdy jesteśmy młodzi, mamy dużo czasu. Ale z kasą krucho. Potem jesteśmy dorośli, mamy pieniądze, za to zawsze brakuje czasu. A potem jesteśmy starzy, pieniądze są, czas jest, ale ze zdrowiem kiepsko. Tak to z grubsza wygląda, pół żartem, pół serio.

Dobra wiadomość jest taka, że góry oferują wszystko, czego potrzebujesz, niezależnie od tego, ile masz lat, ile masz pieniędzy oraz ile czasu masz do dyspozycji. Korzystaj, póki żyjesz.

Więc jeśli znowu wpadniesz w dół egzystencjalny, pamiętaj, że jest coś, co Cię może z niego wydostać. Niezależnie, czy będzie to jednodniowy wypad w góry, czy dłuższa wyprawa, planowanie urlopu już nas mobilizuje do oderwania myśli od negatywów.  Oczekiwanie na tę chwilę, kiedy poczujesz pod stopami miękką trawę, kamienistą drogę, chłód skał i krystaliczne powietrze w płucach jest czymś wspaniałym.

Paradoksalnie - w górach wiedzie się proste życie. Jedyne, z czym trzeba walczyć, to fizjologia: głód, chłód, pragnienie, odwodnienie, strach czy lenistwo.  Zdobycie trudnego szczytu nieraz wydaje się łatwiejsze od codzienności na nizinach, gdzie spotkamy się z intrygami, podłościami i wyjałowieniem duchowym. Albowiem w górach stresy są na zupełnie innym poziomie, tu jesteś wdzięczny, że żyjesz.
 
No, ale troszkę zboczyłam z głównego tematu. Zakładam, że wśród miłośników górskich wędrówek znajdą się tacy, którzy być może planują przejść wegetarianizm, ale obawiają się, pokarmy bezmięsne mogą nie dostarczać wystarczającej ilości kalorii. Bez obaw. Zapewniam Was, można  realizować górskie marzenia, te duże i małe, nie głodując przy tym.

W poprzednich postach opisywałam propozycje wegetariańskich przekąsek, które można zabrać na szlak 9 pomysłów na wege prowiant w góry oraz co gotować na kwaterze Wegetariańskie gotowanie na wczasach. A w dzisiejszym artykule chciałam się podzielić swoją kartą dań w nieco wyższych górach. Przygotowywanie bezmięsnych, pełnowartościowych posiłków wymagało trochę kreatywności, ale w tym tkwił właśnie urok. 

Kaukaz – Elbrus (Rosja, Kabardyno-Bałkaria)

Wybierając się w dłuższą podróż na Wschód musimy mądrze skompresować rzeczy w plecaku. Jak bym słuchała tych „mądrych” porad, jaki prowiant ze sobą zabrać, to mój plecak ważyłby 30 kg, a tak ważył 20 kg. Nie polecam zabierać z sobą tego, co można kupić na miejscu, a waży sporo: ryż, kasza, soczewica, konserwy. Po pierwsze: w namiocie, na wysokościach 3 – 5 tys. n.p.m. prawdopodobnie nie będzie się Wam chciało czekać dwóch godzin, by ugotować garstkę kaszy. Po drugie, w kaukaskich wioskach zostaniecie zacnie ugoszczeni przez gospodarzy i nawet nie będzie potrzeby samemu gotować.

W Rosji praktycznie na każdym rogu znajdują się niewielkie budki, w których można kupić wyborne pieriożki – ciasto pączkowe podawane na ciepło nadziane ziemniaczanym pureè lub kapustą z grzybami. Bardzo powszechne są też wyśmienite okrągłe chlebki prosto z pieca, które zawsze dostaniecie ciepłe. Wszechobecne targowiska „minionej epoki”, czyli takie, które lubię i cenię, oferują prawdziwe bogactwo warzyw, owoców oraz rozmaitych serów. Warto się zaopatrzyć.

W przypadku wyprawy na Elbrus, w drodze na szczyt są trzy możliwości zakupu ciepłego jedzenia i picia: w miasteczku Azau, na pośredniej stacji kolejki Stary Krugozor  2917 m n.p.m. oraz na ostatniej stacji Mir, 3457 m n.p.m. Na wysokości 4053 m, znajduje się schron z możliwością skorzystania z butli gazowej, ale tu już jedzenia nie kupimy. Wyżej pozostają nam już tylko własne zapasy.

14 km od Azau nocowaliśmy u Osmana na campingu Adyl-Su. Nie wiem, czy na tym polu namiotowym jest to standardem, że gości podejmuje się z należytymi honorami wódką i zakąską, ale jaaaaką zakąską!  Z niejednego pieca placki jadłam, ale tych osmańskich nigdy nie zapomnę. Chicziny, bo o nich mowa, to rodzaj serowych naleśników obficie skąpanych w maśle. Do dziś żałuję, że nie wydębiłam od nich przepisu na te placki.
 
 
 
JEŚLI KTOŚ Z WAS ZNA PRZEPIS NA CHICZINY, TO PROSZĘ, NIECH MI NAPISZE! Są obłędnie smaczne.

 

 Kaukaz – Kazbek (Gruzja)

Kazbegi to wioska przy zboczu Kazbeka. Z łatwością znajdziemy tu nocleg z posiłkiem nawet dla dużej grupy. My skorzystaliśmy z gościnności Nazi. Oprócz noclegu mogliśmy też liczyć na pożywne posiłki. Na śniadanie puri (okrągły chlebek), owczy ser, warzywa, miód i dżem, a na kolację serowe czaczapuri.  Tu chciałam zaznaczyć, że u kazbegijskich gospodarzy możemy sobie zamówić posiłek z wyprzedzeniem kilkudniowym, aby po zejściu ze szczytu czekało na nas smaczne, ciepłe jedzonko.

Wspinając się po masywie Kazbeka, natrafiamy na ciekawy budynek na wysokości 3653 m n.p.m. Jest to stacja meteo.  Schronisko, prowadzone przez gruzińskich alpinistów, jest najwyżej położonym budynkiem w Gruzji. Można tu  nocować, a co więcej – przygotować sobie ciepły posiłek, bowiem schron zaopatrzony jest w polową kuchnię. Mało tego, do dyspozycji mieliśmy asortyment do wykonania śniadania mistrzów J I w ten oto sposób na wysokości 3653 m n.p.m. nakarmiłam grupę tłustymi zapiekankami czosnkowo – ziołowymi. To było naprawdę smaczne.
zapieksy na stacji Meteo

Jeśli tylko mamy na wyprawie możliwość zjedzenia czegoś sycącego, nie z własnych zasobów plecakowych, zjedzmy to. Nie wiadomo, jak długo potem w górach przekiblujemy z powodu złej pogody i na ile nam wystarczy zapasów.

Gruzini są niezwykle gościnnym narodem i w dodatku lubią Polaków. Gospodarze będą Wam stale podsuwać pod nos wspaniale potrawy i domowe wino tak długo, aż pękniecie z przejedzenia J Wegetarianie się ucieszą, bo pojedzą sobie przystawkami z bakłażanów na 100 sposobów, rozmaitymi sałatkami warzywnymi, serami owczymi, domowymi chlebkami z pieca oraz plackami, które uwielbiam: chaczapuri. Przepis:  Chaczapuri - najprostsza wersja gruzińskiej pizzy
. Jadłam też wegetariańską wersję pierogów chinkali: grzybowe z kolendrą.
 


Jakie jedzenie spakować na kilkutygodniową wyprawę wysokogórską

W przypadku długich wypraw trzeba rygorystycznie spakować plecak, aby stosunek ciężaru do jego zawartości był właściwy. Gdy ja pakowałam swój plecak, każdy batonik ważyłam. Niezaprzeczalnym królem fit okazał się Lion z chrupkami w środku oraz batony proteinowe z Decathlona.

Co warto zabrać? Dla mnie najlepiej się sprawdziły batoniki z Decathlona żurawinowe, takie musli zawinięte w opłatek. Batony czekoladowe przy temperaturze -20, -30 stopni C po prostu zamarzały. Niewątpliwą zaletą takich batonów jest ich łatwość spakowania do kieszeni, dzięki czemu nie marnujemy energii przekopując plecak, atakując szczyt.

Sprawdziły się też zupki ze względu na to, że w namiocie mogłam coś „ugotować”. W przypadku zupek nie polecam tych najtańszych nafaszerowanych chemią. Zupy mają być w miarę jak najzdrowsze. Nie ma co oszczędzać. Lepiej zjeść jedną liofilizowaną zupkę z warzyw i być sytym niż bawić się w gorące kubki o wątpliwym składzie. W sprzedaży dostępne są różne wegetariańskie zupy kremy, bardzo wydajne i niezłe w smaku, np. krem brokułowo – szpinakowy, gdzie w składzie ponad 70% to warzywa. Lub strączkowe. Brzmi zachęcająco? 
 
Spakujmy też ze sobą czosnek. Waży niewiele, a jego zalety są nieprzecenione. Rozdrobnionym czosnkiem przyprawiamy zupę. Zabierzmy też zioła prowansalskie, które są lekkie i dają wiele smaku.

Do picia w zimowych warunkach polecam herbatki z zawartością wit. C, czyli dzika róża, hibiskus albo gotową mieszankę z serii Darów Natury bomba witaminowa. Słodziki ze stewii niewiele ważą, a odżywiają. W kwestii słodzenia warto rozważyć zabranie na wyprawę miodu. Jeśli specyfik stwardnieje, wydziobujemy łyżką do gorącej herbaty.

Pieczywo miejmy jak najświeższe, kupione w miejscowej piekarni, a do tego smaczny ser. Gorącą zupę można zaprawić takim chlebem.

Warzywa takie jak ogórek czy pomidor raczej bym odpuściła, mogą zamienić się w lodową kulę. Za to suszone bakalie, orzechy i migdały, jak najbardziej tak. Nie zapominajmy też o suplementacji. W takich pięknych okolicznościach przyrody nietrudno o przeziębienie. Polecam rozważyć zwiększoną podaż witaminy C oraz B komplex. Pamiętajmy, że wiele chorób zaczyna się od awitaminoz, a o takie nietrudno koczując w ortalionowym igloo J

Dla chętnych: a może warto przed dłuższą wyprawą wykonać morfologię krwi, zbadać poziom cukru oraz skontrolować poziom żelaza we krwi? Jeszcze jedna mała wskazówka, zanim wyruszymy w podróż, warto przetestować w warunkach domowych własne pomysły na górskie obiadki, by wcześniej upewnić się, co będzie dla nas wystarczająco smaczne.

No i cóż, ucieka nam to życie w codzienności dnia powszedniego.
- Jedziesz ze mną w góry?
- Chętnie bym pojechał, gdyby nie... (tu wpisz swoje wykręty).

Może się okaże, że jednak da się wydębić tych parę dni urlopu, a dziecko podrzucić dziadkom.
Jeśli pokonasz swojego lenia i wyruszysz w drogę, jeśli się otworzysz na górski świat, otrzymasz w zamian lekarstwo, którego być może potrzebowałeś.

 
Tak bardzo wyczuwalne
dotykiem dłoni
zmęczeniem stóp
groźbą lecących kamieni

Tak bliskie
w codziennym obcowaniu
od poranku po zmierzch
po nocne trwanie
w samym jądrze prastarej cichości

Tak zmienne
przy każdym kroku uczynionym w górę
objawiane w coraz nowym kształcie
oczom radośnie wnikającym w przestrzeń
w pomieszanie pionów i poziomów

Tak różne
pod dostałym słońcem lata
w szaro włóczących się jesiennych mgłach
w huku biało spływających lawin

Tak bardzo obojętne
że moja tutaj obecność
czy nieobecność
nieważne najzupełniej
i kiedyś
i dzisiaj


Górologia, Maria Kalota - Szymańska


Jeśli artykuł zaciekawił, zainspirował, pomógł, polub stronę na FB
 

sobota, 21 stycznia 2017

Terchova - słowackie miasteczko owczego sera oraz mój popisowy przepis na bryndzowe placuszki


Bohaterką dzisiejszego wpisu będzie Terchová, stolica słowackiego pasma górskiego Mała Fatra i ojczyzna sławnego zbója, Janosika.  To turystyczne miasteczko, położone ok. 25 km od Żiliny,  ma w sobie wszystko, czego oczekuje każdy odwiedzający.



 
Niewątpliwą zaletą jest atrakcyjne położenie Terchovej, która umiejscowiona jest u stóp Doliny Vrátnej. Do doliny dostać się można na różne sposoby: pieszo, samochodem albo autobusem. We Vrátnej działają dwa ośrodki narciarskie, gdzie w sezonie zarówno letnim, jak i zimowym kursują kolejki: krzesełkowa na Poludňový Grúň oraz gondola relacji Vrátna – Chleb. W obu przypadkach parkingi przy wyciągach są bezpłatne. Dolina Vrátna jest atrakcyjną bazą startową na okoliczne, obowiązkowe szczyty, takie jak Velký i Malý Kriváň czy Chleb. Miejsce przyjazne także dla rodzin z małymi dziećmi, właśnie dzięki ułatwionemu wjazdowi kolejką. Niedaleko górnej stacji kolejki na Grúň usytuowane jest klimatyczne schronisko Chata na Grúňi. Dostaniemy tu dobre, słowackie czapowane piwa i Kofolę „z kija”. Poza tym jest tu dobry wybór zestawów obiadowych, w tym oczywiście wegetariańskich, takich jak wyprażany ser z frytkami i surówką.

 

Stefanová jest kolejnym miejscem startowym na górskie szczyty takie jak Rozsutec Malý i Rozsutec Velký oraz Stoh. Również do Stefanovej dostaniemy się pieszo, autem lub autobusem, z tymże tu już zapłacimy za parking 2 euro/dzień. Ze Stefanovej prowadzą szlaki na Janosikove Diery. Janosikove Diery to system naturalnych wąwozów skalnych, wzajemnie połączonych ze sobą: Dolné Diery, Nové Diery i Horné Diery. Po wąwozie łatwo się porusza dzięki kładkom, drabinkom, łańcuchom czy metalowym prętom przytwierdzonym do skały. Najliczniej oblegane są Diery Dolne i Nowe, ponieważ nie ma tu dużego stopnia trudności, natomiast Diery Górne są najtrudniejszym i najdłuższym odcinkiem z całego zespołu Dier. Górne kończą się przy malowniczej polanie, z której prowadzą szlaki na Malý i Velký Rozsutec.
 
 
 
Z wioski Biały Potok oddalonej od Terchovej 3 km najczęściej turyści zaczynają zwiedzanie Janosikovych Dier. Parking w Białym Potoku pomieści wiele samochodów i za dzień parkowania zapłacimy 3 euro. Również i do tego miejsca jeżdżą autobusy. Po udanej wycieczce po Dierach polecam zatrzymać się w tutejszej knajpce na lanego Martinera za 1,3 euro, który wg mnie jest najlepszym piwem w promieniu 100 km. 


Z atrakcji górskich, których nie mogę pominąć to Janosikowy Obchod. Idąc asfaltem w kierunku Doliny Vratnej, kilometr od Terchovej jest wejście na szlak. Janosikowy Obchod  kluczy między skałami, do których przytwierdzone są pręty. Niesamowite punkty widokowe w kierunku licznych przepaści powodują lekkie mrowienie w brzuchu. Trasa raczej nie dla małych dzieci. Jak dotąd szlak jest dziki i dość zaniedbany, więc może na tym polega jego urok. Trudno tu spotkać jakiegokolwiek turystę.
 


W samej Terchovej można zgubić czas. Znajduje się tu basen o nazwie Relax Centrum Terchowiec, a także mini zoo, do którego wstęp jest bezpłatny. Jest tu też kilka restauracji i pizzerii, które jednak jakoś szczególnie nie zapadły w mojej pamięci, więc żadnej nie polecę. Za to piwiarnie owszem! Na ul. Cyryla i Metodego znajduje się czesko-słowacka piwiarnia z prawdziwego zdarzenia, w której leją wysokiej klasy piwo z czeskiego browaru Svijany. Za kufel piwa zapłacimy od 0,7 euro, w zależności od ilości ekstraktu chmielu.  W centrum Terchovej, niedaleko dyskontu COOP Jednota znajduje się kolejna piwiarnia, w której dostaniemy czapowanego Martinera za 1 euro.



 

W miasteczku jest sporo hoteli i baza noclegowa jest bardzo dobrze rozwinięta. Bez problemu znajdziemy nocleg w kwaterach prywatnych w kwotach 9-12 euro. Od kiedy w Słowacji wprowadzono euro, liczba polskich turystów znacznie zmalała. Słowaccy gospodarze  bardziej niż kiedykolwiek przedtem zabiegają o swych sąsiadów z północy. Są niesamowicie pomocni, uprzejmi i przyjaźni.
 
 
Legenda głosi, że w Terchovej urodził się słynny rozbójnik Jura Janosik. Na każdym rogu tego pięknego miasteczka zetkniemy się z symbolami Janosika. Począwszy od pamiątkowej, metalowej statui dumnie górującej nad miastem, a skończywszy na godle miasta. Terchova jest bardzo dumna ze swojego bohatera. Co roku odbywa się tu święto zwane „Janosikowymi Dniami”.
 
 
W Terchovej bez trudu można zakupić wyroby z owczego mleka. Ten region z tego słynie. W rejonie Białego Potoku w wielu domkach natkniemy się na tabliczkę: „ovčí sýr”. W samym centrum znajduje się kilka budek z wyrobami z owczego nabiału. Będąc w górskich rejonach mamy niepowtarzalną okazję, by się najeść świeżego, oryginalnego i zdrowego nabiału od owiec wypasanych na halach, jedzących zieloną trawę. Ciekawe, że w całej Terchovej ceny sera są ustandaryzowane. To nie to samo, co na przykład w Wetlinie, gdzie w budce dla turystów za kawałek sera zapłacicie kilka razy drożej niż parę kilometrów dalej, w prawdziwej regionalnej wędzarni. To jest naprawdę bardzo dziwne zjawisko.
 
 
Przebywając w miejscach takich jak Terchova, zawsze kupuję świeże bundze, bryndze, oscypki czy zsiadłe mleko.  Na obiadokolację przygotowuję posiłki na bazie tych produktów. Oto jeden z moich sztandarowych dań: 
 

Przepis na bryndzolki – złote, maślane placuszki bez mąki: 


Składniki:


- 1 kg ziemniaków ugotowanych w mundurkach
- 250 g bryndzy (dwie kostki)
- 1 jajko
- sól, pieprz
- masło (ja daję masło klarowane)
- opcjonalnie kurkuma


Ostudzone ziemniaki utłuc z bryndzą na gładką masę. Dodać jajko i przyprawy. Wymieszać. Formować placuszki i smażyć na patelni na maśle na złoty kolor. Popijać z kefirem i zajadać z sałatką np. z pomidorów.


 

Słowacką bryndzę kupicie w Polsce w większych marketach. Kostka kosztuje ok. 5 zł.

 


Smacznego!

Jeśli artykuł zaciekawił, zainspirował, pomógł, polub stronę na FB
 

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Bałkany tour cz.1 - Bośnia, Czarnogóra

Pewnego razu postanowiliśmy zrobić sobie trip po Bałkanach. Akurat mieliśmy trochę wolnego i głowę pełną pomysłów. Plan zwiedzania był taki: Bośnia, Czarnogóra, Albania i Chorwacja, z tymże główny pobyt skoncentrujemy na czarnogórskich pasmach górskich J a potem nad Adriatykiem. Naszą peregrynację zaczynamy późnym wieczorem. Wyjeżdżamy z Katowic, następnie jedziemy przez Słowację i kierujemy się na Węgry. Przejście graniczne w Chorwacji mijamy około godziny 10:00 następnego dnia, a chwilę później otrzymujemy mandat za przekroczenie prędkości o 12 km/h. Policjant wlepia nam 500 kun i nie jest na tyle uprzejmy, by przeliczyć  haracz na euro. Oczywiście żadnych kun, tudzież innych łasic ze sobą nie zabraliśmy. I co teraz? Policjant deponuje dowód rejestracyjny, nakazując nam zdobyć  chorwacką walutę. Bez dowodu jedziemy niewiadomo gdzie, lecz w końcu udaje nam się wymienić kuny na euro, dzięki czemu możemy ruszać dalej. W samo południe ustawiamy się na przejściu granicznym Żupanija – Bośnia i Hercegowina. Przejście szybkie i bezproblemowe. Kierujemy się do Sarajewa przez miasto Tuzla. Jak dotąd – drogi bez dziur.
 
Bośnia i Hercegowina 
 
Tuzla jest czystym miasteczkiem. Mijamy zielone widoczki, maleńkie targi oraz wszechobecne arbuzy. Jak dalej pokazuje krajobraz – widać, że państwo się prężnie odbudowuje! Jest to naprawdę pokrzepiający widok.
 

Wreszcie wjeżdżamy do Sarajewa, do którego wcześniej tłukliśmy się pięknymi, acz upierdliwymi górskimi serpentynami. Jechaliśmy przez kaniony tak piękne, że aż zapierały dech w piersiach. Na przełęczach robiliśmy sobie postoje, w trakcie których zwiedzaliśmy okolice. Jeden ze spacerów w lesie przypominał trochę grę w sapera, gdyż co chwilę napotykaliśmy ostrzegawcze tabliczki „uwaga, miny”.  
W samej stolicy ogarnął mnie smutek, gdy patrzyłam na budynki noszące ślady wojny . I na mrożące krew w żyłach wszechobecne, bardzo wyeksponowane cmentarze oraz na drzewa oblepione klepsydrami. Oblężenie Bośni i Hercegowiny w latach 1992 – 1996 uchodzi za najdłuższe i najbardziej krwawe w historii Europy po II wojnie światowej. Za to zwykli mieszkańcy tego kraju to przemili, pomocni i pracowici ludzie, którzy powoli powracają do życia po tych tragediach. Wg mojej oceny Bośnia to kraj, który warto wykorzystać pod względem turystycznym. Warto ich wesprzeć nie tylko ze względów moralnych, ale sam kraj obfituje w atrakcje turystyczno-krajoznawcze takie jak na przykład bośniackie piramidy koło wioski Visoko.
 
Czarnogóra
 
Tymczasem o 20:30 wjeżdżamy do Czarnogóry. Jesteśmy w niezwykle miły sposób przywitani przez pograniczników. Z każdym kilometrem wpadamy w coraz to większy zachwyt. Jeden z najpiękniejszych w Europie kanionów ukazuje się naszym oczom. Niestety zapada już noc i ciężko jest cokolwiek wypatrzeć, ale tyle, co widzieliśmy, było naprawdę monumentalne. Między ścianami wąwozu został wydrążony w skale tunel. Z daleka wyglądał naprawdę czadersko! Kanion ciągnął się kilometrami. W pewnym momencie, przejeżdżając przez skalny tunel, patrzymy, a tu świecą jakieś latarki. Oj jak dobrze, że nie jechaliśmy za szybko, bo w tunelu zaplątała się lisia rodzina. Skąd one się tu wzięły nie wiem, ale spotkanie było emocjonujące.
 
Jedynym poważnym minusem była późna pora, uniemożliwiająca nam podziwianie. Gwiazdy na nocnym firmamencie otulały swym blaskiem, jeszcze nigdy nie widziałam tak wyraźnie drogi mlecznej. Delektujemy się tą chwilą.
Jedziemy już naprawdę długo, lecz w końcu wjeżdżamy do miasta, w którym będziemy gościć kilka dni. Miasteczko zwie się Żabljak. Na miejsce docieramy po północy. Chłopaki szukają noclegu, wracają po pół godzinie, uff znaleźli coś. Opowiadają, że pukali od domu do domu, wreszcie wyszła energiczna kobietka, która poprowadziła do mieszkania starszego, sympatycznego pana. Oznajmiła, że nocleg kosztuje 10 euro i mamy brać, co dają, bo i tak specjalnie nie mamy wyjścia J to się nazywa asertywność. Kobieta pyta się chłopaków, czy w ogóle byli kiedykolwiek w górach, ponieważ z aktualnych informacji… ostatnio jeden turysta zaginął, znów inna Słowaczka zginęła w górach, a druga miała wypadek, ale przeżyła… Kobieta ostrzegała nas przed niebezpieczeństwem tych gór.
Tymczasem dostajemy lokację – dwa pokoje dwuosobowe. Czysto i schludnie, ale L zawsze to ALE – pokój mieści tylko jedno łóżko, ciasno jak cholera, warunki pod tym względem jak w namiocie. Ale co tam, nie przyjechaliśmy tu dla warunków hotelowych. Wspólna kuchnia i łazienka – wszystko własnością gospodarza, udostępnione do naszej dyspozycji. Na gościnność tych ludzi jak zwykle można liczyć.
 
 
Rekonesans po Durmitorze
 
Kolejnego dnia wita nas przepiękna pogoda. Wstajemy „skoro świt” o godzinie 9:30 i planujemy rekonesans po Durmitorze. Nie mamy jakiegoś konkretnego celu, aczkolwiek mamy chrapkę na zdobycie najważniejszego szczytu w okolicy o nazwie Bobotov Kuk. Na mapach to tylko 6 godzin w górę. Jak się jeszcze później nieraz przekonamy, oznaczenia na mapach i szlakach to wielka lipa! Czas podany należy mnożyć razy 2. Tymczasem już dość długo idziemy w lesie, ale za to mamy piękny zbiór borowików „szatańskich”. Uwaga na mity o tym, że czerwone borowiki to tylko szatany. Otóż nie zawsze. Czerwony kolor może oznaczać na przykład kwasowość gleby. Niektóre odmiany czerwonych borowików (takie jak np. borowik ceglastopory)  są jadalne i potocznie nazywa się je modrokami/modrakami. Dotykając je językiem odczujemy słodki smak. Po przekrojeniu nabierają atramentowej barwy. (źródło: „Grzyby, wielki ilustrowany przewodnik”, Ewald Gerhardt)
 

Wychodząc z lasu ukazuje nam się rozległa polana, na której wypasały się konie. W końcu docieramy do chatki niespodzianki (jak w bajce o Jasiu i Małgosi). Lecz nie była to chatka z piernika, ale… serownia z prawdziwego zdarzenia. Pasterze nie musieli nas wcale namawiać do zakupu sera owczego, bo sami skwapliwie skorzystaliśmy z tej możliwości i za 5 euro kupiliśmy pół krążka. Do tego dostajemy ekstra sól zapakowaną w gazetę. Jeszcze sesja zdjęciowa i możemy ruszać dalej. Właściwie to nasza wycieczka tego dnia kończy się przy chatce, bo nie wiem, jak to szybko zleciało, ale do kwatery zeszliśmy na godz. 17.
Na werandowy stolik wysypujemy nasze grzybowe zdobycze, a miejscowi się śmieją, mówiąc, że się potrujemy.
Wieczorem jeszcze idziemy nad Czarne Jezioro, które znajduje się niedaleko naszego domku.
 
Wejście na Bobotov Kuk oraz jaskinia lodowa
 
Następny dzień zapowiada się ciężko. Mamy dążyć do zdobycia Bobotov Kuk. Znając już tutejsze oznaczenia, od razu mnożymy podany czas razy dwa i łapiemy się za głowę. Wyjścia są dwa – albo robimy górę na dwa dni (ta opcja odpada) albo wstajemy o 4 i wracamy o 24. Ostatecznie udaje się nam załatwić z gospodarzem, że nazajutrz przyjedzie po nas taxi, za 15 euro zabierze nas do przełęczy Sedlo. Dzięki tej opcji mamy szansę skrócić trasę o 5 godzin i zrobić górę w jeden dzień.
 

Nazajutrz, punktualnie o godzinie 6:30, przyjeżdża po nas umówiona taksówka. Kierowca okazuje się być bardzo miłym człowiekiem, rozmawiamy w języku polskim, gdyż w „lepszych” czasach pracował przez dwa lata w Szamotułach k/ Poznania i bardzo sobie chwalił zarobki. Obecnie średnia krajowa w Czarnogórze wynosi 300 euro L 
Jest przepiękna pogoda, jesteśmy sami na szlaku, góry są niezwykłe, jeszcze takich nie widziałam. Nasunęły mi się kulinarne konotacje, ponieważ góry skojarzyły mi się ciastkami sękaczami lub roladą makową, bo miały taką właśnie strukturę. Jest stromo i strzeliście, a w najbardziej newralgicznych miejscach nie ma żadnych zabezpieczeń w postaci łańcuchów czy klamer.
 
 
 
Nie ma nic za darmo, trzeba zapłacić za nakarmienie duszy, bólem du... mięśni. Nasz cel wiedzie to w dół, to w górę i tak wiele razy. W końcu o godzinie 12:10 Bobotov Kuk zostaje zdobyty J Hurra! Góra naprawdę męcząca, momentami bardzo eksponowana, końcówka przypominała mi tatrzańską Świnicę. Ze szczytu roztacza się cudowna panorama na masyw Durmitora. Wcinamy zasłużony ser z pomidorem i teraz tylko zejście. Mamy małą masakrę, gdyż skończył nam się zapas wody, odwodnienie było coraz bardziej dokuczliwe. Na szczęście mapa nie kłamała i udało nam się znaleźć źródło z wodą. Wg mapy niedaleko znajduje się jaskinia lodowa. Znalezienie jej graniczy z cudem, ale w końcu – udaje się ją namierzyć. Jest oddalona pół godziny od szlaku. Trudno ją znaleźć i wejście do jaskini też jest niełatwe, okazuje się stromą, śnieżną i oblodzoną fortecą. W jaskini naszym oczom ukazują się bajecznie piękne formacje lodowe w formie stalagmitów, stalaktytów oraz stalagnatów.
 

Jest już dość późno, mozolnie schodzimy w dół. Słońce mocno parzy, doskwiera pragnienie jak na jakiejś pustyni. Jestem już taaaaka zmęczona… Schodząc kamienną moreną potknęłam się o własny cień i sturlałam się w dół po drobnych kamieniach, zaliczając kilka metrów. Nie mogłam się z locie zatrzymać, niczego złapać i nic nie amortyzowało mojego lotu. A morena ciągnęła się w dół 200 metrów. Na szczęście ratuje mnie większy kamień, na którym się zatrzymuję. Łukasz jednym ruchem, za pomocą kijka trekkingowego wyciąga mnie za fraki. Skończyło się tylko na siniakach. Ale żyję J  
 

Dzień był strasznie męczący, ale szybko otrząsnęliśmy się z szoku i mogliśmy się tylko cieszyć ze zdobytego szczytu oraz że wszystko dobrze się skończyło. Wieczorem już na nic nie mieliśmy siły, więc padliśmy skonani do wyra. Bo jutro czeka nas kolejny piękny dzień.
 
Kanion nad rzeką Tara, monastyr z XV w.
 
 
Nazajutrz wszyscy jesteśmy nadal wykończeni, o godzinie 12 zbieramy się nad rzekę Tarę. Wielką komercyjną atrakcją jest spływ tą rzeką oraz skoki na banji. Nie dziwi nas, że to miejsce jest tak bardzo oblegane przez turystów. Mając jeszcze w pamięci wczorajszy spacer w górach, leniwie obserwuję kolejnych skoczków.  Upał nadal doskwiera, idziemy więc na piwko, frytki.
Kolejnym punktem wycieczki jest monastyr z XV wieku. Jesteśmy nieco rozczarowani skromnością tego przybytku, ale z drugiej strony przyjęte jest, by zakonnicy żyli w ubóstwie :p.
Atrakcje też są – święty Grill, zakutana zakonnica z wielkim kluczem, kopulujące żaby i rzeczka w dole, którą na koniec odwiedzamy.
 

Na koniec wreszcie możemy za dnia obejrzeć ten słynny kanion Tara, obiekt wpisany na światową listę Unesco.
Bardzo błądziliśmy, by tam dotrzeć, bo jak się okazało, nie było tu żadnego wytyczonego szlaku. Kanion komercyjnie znany jest jedynie z mostu nad Tarą. Jednak używając GPS-a po wielkich perturbacjach w końcu jesteśmy na miejscu. Kanion schodził stromo w dół gdzieś 1300 metrów w pionie do rzeki. Chcąc zobaczyć to cudo musieliśmy się przeciskiwać przez wielkie gąszcza i znów zawiało pustką. Kanion był naprawdę imponujący, jedyny w swoim rodzaju. Nie szkodzi, że miejsce widokowe mieliśmy mało doborowe – chaszcze i urwisko. Warto było J
Wieczorem robimy imprezę z czarnogórskimi trunkami. Rakija – wielka wtopa, wino – lipne, rum, bez rewelacji. 
 
Pogoda się pogarsza, gospodarz proponuje nam załadowanie pralki praniem, a mi pożycza własną suszarkę do włosów. Warunki są jakie są, ale chłop bardzo się stara, udostępniając nam wszystko, co ma.
Podsuszając ciuchy na kaloryferze pomału ewakuujemy się z tego miejsca. Poznajemy jeszcze taką kobitkę o bogatej narodowości (Słowacja, Czarnogóra, Chorwacja – nie pamiętam proporcji J ), z którą wgłębiamy się w dyskusję, a pointa z tej rozmowy jest taka, że podział Jugosławii nie miał sensu, że ludzie wcale tego nie potrzebowali i nie chcieli. I że wszyscy – Słowianie, Bałkanie – powinni tworzyć jedną wspólną rodzinę.
O godzinie 14 opuszczamy Żabljak, kierujemy się na południe – nad morze do miasta Ulcinj, gdzie czekają na nas znajomi Marka. Nocować będziemy w twierdzy pirackiej, nad samym morzem. Ale o tym już w następnej części J
 

 
link do części drugiej:
Albania
 
link do części trzeciej:
Chorwacja